Mechanizmy · Wieloetatowość
Wieloetatowość i równoległe kontrakty
Ostatnia aktualizacja:
Ten sam lekarz może w tym samym miesiącu rozliczać kontrakty w kilku publicznych placówkach naraz. Każda widzi tylko swój wycinek — łącznych godzin ani łącznej wypłaty nie sumuje nikt. Dopóki nie ma rejestru po numerze PWZ, „ile realnie pracował i ile dostał ze środków publicznych” pozostaje niepoliczalne.
Nikt nie widzi pełnego obrazu. AOTMiT — agencja, która zbiera dane o wynagrodzeniach — przyznaje, że widzi je wyłącznie „na poziomie jednej placówki”. Ten sam lekarz w drugim, trzecim i czwartym miejscu to dla systemu osobne, niepowiązane rekordy.
„Na poziomie jednej placówki” — AOTMiT, za Rzeczpospolitą; zob. też Menedżer Zdrowia.
Dlaczego to w ogóle możliwe#
Wieloetatowość sama w sobie nie jest nadużyciem — problemem jest to, że jej suma jest niewidoczna. Żeby jeden lekarz mógł sumować placówki bez limitu i bez wiedzy kogokolwiek, muszą zajść trzy warunki naraz. W polskim systemie zachodzą wszystkie.
Kontrakt zamiast etatu — bez limitu godzin
Etat wiąże Kodeks pracy: 48 h/tydzień (z „opt-out” do ~78 h). Kontrakt (B2B lub umowa cywilnoprawna) jest poza tymi limitami — można legalnie sumować placówki bez górnej granicy godzin. A na kontrakcie rozlicza się ok. 73% specjalistów.
Kontrakt vs etat →Brak wspólnego rejestru — każdy widzi tylko swój wycinek
Żadna instytucja nie zestawia godzin ani wypłat jednego numeru PWZ z różnych miejsc. Sama AOTMiT przyznaje, że widzi zarobki wyłącznie „na poziomie jednej placówki”. Suma po osobie nie istnieje w żadnej bazie.
Jeden lekarz, wiele strumieni →Deficyt winduje popyt — nikt nie pyta o inne posady
Gdy w deficytowej dziedzinie brakuje rąk, dyrektorzy licytują się o lekarza i biorą każdego, kto obsadzi dyżur — nie sprawdzając, gdzie jeszcze pracuje i ile już ma godzin. Niedobór jest paliwem, nie hamulcem.
Dlaczego brakuje lekarzy →Udział kontraktów (73% specjalistów) i brak limitu godzin — zob. kontrakt vs etat; niedobór jako winda popytu — dlaczego brakuje lekarzy.
Przepis, który to legalizuje — i jego data ważności#
Rekordowe grafiki nie są luką w prawie, tylko skutkiem konkretnego przepisu. Klauzula opt-out — art. 96 ustawy o działalności leczniczej — pozwala za pisemną zgodą pracownika przekroczyć przeciętnie 48 godzin pracy tygodniowo. Dotyczy osób z wyższym wykształceniem medycznym, zatrudnionych w szpitalach całodobowych i pełniących dyżury. Przepis zostanie uchylony 1 stycznia 2028 r., a termin ten pochodzi z nowelizacji z 2018 r. — nie z obecnej reformy.
I tu wraca wzór, który powtarza się na tej stronie: opt-out dotyczy etatu, a nie obejmuje umów cywilnoprawnych ani działalności gospodarczej. Limit trafia więc w tę formę zatrudnienia, którą i tak widać w papierach, a omija tę, której sumy nikt nie liczy. Skala skutku po stronie etatu jest przy tym realna: lekarz pracujący dziś przeciętnie 260 godzin miesięcznie musiałby zejść o około 52 godziny, głównie z najlepiej płatnych dyżurów nocnych i świątecznych, a szpitale szacują wzrost zapotrzebowania na etaty o około 25%.
Drugi limit jest świeży i pierwszy raz podaje twardą liczbę wprost o wieloetatowości. W wykazie prac rządu z 21 lipca 2026 r. łączny wymiar czasu pracy u wszystkich zatrudniających nie miałby przekraczać dwukrotności pełnego etatu, przy minimum pół etatu w każdym miejscu i zgodzie pierwszego świadczeniodawcy na kolejne. Umowy niespełniające wymogów mają wygasnąć 31 grudnia 2026 r. Zastrzeżenie, bez którego byłby to obraz zbyt różowy: sumowanie ma obejmować podmioty z umową z NFZ, więc praca prywatna zostaje poza rachunkiem, a bez identyfikatora pozwalającego zsumować rozliczenia jednej osoby egzekwowanie sufitu opiera się na deklaracjach zatrudniających. Limit bez rejestru to wciąż liczba, której nikt nie potrafi sprawdzić.
Opt-out i skutki jego wygaśnięcia — Rynek Zdrowia (20 VII 2026); założenia z wykazu prac rządu — Rynek Zdrowia (21 VII 2026). Status obu zmian śledzimy w monitorze reformy.
Głośna sprawa z 2026 r. — co pokazała#
Najlepiej widać ten mechanizm na sprawie, która w 2026 r. obiegła media. Nie chodzi w niej o stawkę — chodzi o to, że żaden rejestr nie zsumował ani godzin, ani wypłat jednej osoby rozproszonych po kilku szpitalach.
331 godzin miesięcznie — ile to naprawdę#
331 h miesięcznie to ~11 godzin każdego dnia miesiąca — bez ani jednego dnia wolnego. A to zaledwie cztery z pięciu placówek, w których ten sam lekarz był rozliczany.
1,6 mln zł w rok, cztery placówki, jeden lekarz. Znany warszawski lekarz — rezydent bez specjalizacji koordynujący szpitalny oddział ratunkowy — rozliczył w rok ok. 1,6 mln zł z umów w czterech publicznych placówkach naraz. Wykazano przy tym 3976 godzin pracy — średnio 331 godzin miesięcznie. Nie wychwycił tego żaden rejestr: każda placówka widziała tylko swój wycinek.
I to nie był pełny obraz. Już w trakcie afery okazało się, że ten sam lekarz dorabiał w piątym warszawskim szpitalu — jako zastępca koordynatora SOR (od lutego 2026). Tam w samym marcu wykazał 290 godzin i ponad 104 tys. zł (stawka 350–400 zł/godz. plus 25 tys. zł dodatku funkcyjnego za miesiąc). Po dołożeniu tych godzin do średniej z czterech pozostałych miejsc łączny czas pracy przekracza to, co mieści doba — a mimo to nikt go nie sumuje. Problemem nie jest stawka, lecz brak rejestru łączącego godziny i wypłaty jednego lekarza w wielu miejscach.
Sprawa 1,6 mln zł (2025) opisana m.in. przez TVN Warszawa, Polsat News i Interię; dorabianie w piątym szpitalu (290 godz. w samym marcu) — Polsat News (18.06.2026). Świadomie pomijamy nazwisko — opisujemy mechanizm, nie osobę.
To nie był specjalista — to rezydent. Lekarz z tej sprawy był rezydentem, czyli lekarzem w trakcie specjalizacji, bez ukończonego szkolenia. Mimo to koordynował szpitalny oddział ratunkowy i — według relacji pracowników — podejmował się najcięższych przypadków („czerwona strefa” SOR), których jako rezydent nie powinien prowadzić samodzielnie; błędy musieli korygować inni. Co więcej, funkcjonowanie SOR miał koordynować, zanim w ogóle uzyskał prawo wykonywania zawodu — PWZ otrzymał 6 listopada 2024 r., a grupę organizującą pracę oddziału założono kilka miesięcy wcześniej.
To druga warstwa tego samego braku kontroli: rejestr nie sumuje ani godzin i wypłat, ani tego, czy pracujący faktycznie ma uprawnienia do tego, co robi. To zarzuty i relacje — sprawę bada prokuratura i izba lekarska.
Rezydent bez PWZ zarządzający SOR i podejmujący najcięższe przypadki — Do Rzeczy, wPolityce; data uzyskania PWZ (6.11.2024) — Rynek Zdrowia. To zarzuty i relacje świadków, nie prawomocne ustalenia.
A bywa jeszcze dalej — godziny, których nie ma#
W szpitalu powiatowym w Braniewie (warmińsko-mazurskie) ten sam lekarz-kontraktowiec bywał rozliczany za ponad 1000 godzin w miesiącu — a miesiąc ma ich najwyżej 744. Mechanizm był tu jeszcze prostszy niż sumowanie placówek: te same godziny rozliczano w dwóch–trzech źródłach naraz (np. dyżur w karetce i zabezpieczenie oddziału w tych samych godzinach).
W skali roku wykazano 11 577 godzin — o blisko 2 800 więcej, niż rok w ogóle ma (8 760); bywały doby rozliczone na 72 godziny. Rozliczenie sięgnęło 1 772 879,50 zł, a szacowana strata szpitala to ~3,8 mln zł w trzy lata. Wychwycił to dopiero nowy zarząd przy weryfikacji wypłat — bo żaden rejestr nie sumuje godzin jednego numeru PWZ; lekarz sam się zwolnił.
Szpital powiatowy w Braniewie — Interia. Świadomie pomijamy nazwisko — opisujemy mechanizm, nie osobę. Sprawę bada prokuratura (od III 2025); formalnych zarzutów dotąd nikomu nie postawiono.
Braniewo nie jest wyjątkiem. W Sosnowieckim Szpitalu Miejskim jeden chirurg wykazał w 2023 r. ok. 4 812 godzin w rok — średnio ~14 h dziennie, z weekendami i świętami; po ujawnieniu sprawy szpital sam nałożył limit 350 h miesięcznie. W Tomaszowie Lubelskim dyrektor-lekarz w jednym miesiącu wykazał 491 godzin (351 jako lekarz) — wkroczyła Państwowa Inspekcja Pracy. A najdłuższy udokumentowany przez PIP pojedynczy dyżur to ~176 godzin — prawie tydzień bez przerwy; inny lekarz uzbierał ponad 1200 nadgodzin. Za każdym razem pułap nakłada dopiero kontrola albo sam szpital — nie ustawa.
Sosnowiec — TVN24; Tomaszów Lubelski — Money.pl; rekord 176 godz. i 1200 nadgodzin (dane PIP) — Dentonet.
Sprawa jawna — ta sama arytmetyka, tyle że widoczna#
Nie każdy taki przypadek to zarzut — i następny pokazuje dlaczego. Dyrektorka szpitala powiatowego w Łosicach (Mazowsze, ok. 7 tys. mieszkańców) wykazała w oświadczeniu majątkowym za 2025 r. ok. 1,7 mln zł brutto z pracy: ~437 tys. zł za kierowanie szpitalem i ~1,3 mln zł z dyżurów lekarskich (do tego ~111 tys. zł emerytury). 72-letnia pediatra i neonatolog dyżuruje — jak tłumaczy — bo inaczej oddziału dziecięcego nie miałby kto obsadzić. Stawka jak u wszystkich lekarzy w tym szpitalu: 205 zł/godz.
Policzmy. 1,3 mln zł z dyżurów ÷ 205 zł/godz. = ponad 6 300 godzin w rok — średnio ~17 godzin każdej doby, bez ani jednego dnia wolnego, obok codziennej pracy dyrektora do 15:35. Nawet jeśli część dyżurów płatna jest wyżej (więc godzin byłoby nieco mniej), rachunek i tak opisuje obłożenie trudne do wyobrażenia. To nasze wyliczenie z zadeklarowanej kwoty i stawki 205 zł/godz. — nie oficjalna liczba godzin.
A teraz sedno: to nie jest zarzut. Rzecz jest jawna, zadeklarowana i — jak przekonuje dyrektorka — ratująca oddział. Tyle że tę sprawę w ogóle widać tylko dlatego, że dyrektor musi złożyć oświadczenie majątkowe. Lekarz na zwykłym kontrakcie — a tak rozlicza się ok. 73% specjalistów — nie składa żadnego. Tam identyczna suma jest równie realna i równie niepoliczalna, tyle że nikt jej nie zobaczy. Jawność nie jest tu karą dla lekarza — jest jedyną różnicą między sprawą, o której wiemy, a tysiącami, o których nie.
Dyrektorka szpitala powiatowego w Łosicach — oświadczenie majątkowe za 2025 r. (~1,7 mln zł z pracy: ~437 tys. funkcja + ~1,3 mln dyżury; stawka 205 zł/godz.): Wirtualna Polska, Money.pl, TVP Warszawa; obrona „gdyby nie jej dyżury, oddział pediatryczny trzeba byłoby zamknąć” — Radio dla Ciebie. Świadomie pomijamy nazwisko (osoba publiczna) — opisujemy mechanizm i jego jawność, nie osobę. Wyliczenie godzin jest nasze, z zadeklarowanej kwoty i stawki 205 zł/godz.
„Lekarze objazdowi” — ten sam brak rejestru, odwrotny ruch#
Ta sama niewidzialność ma drugą twarz. Zamiast sumować godziny w wielu miejscach, część specjalistów robi ruch odwrotny: wybiera z każdej placówki tylko to, co najbardziej opłacalne — wykonuje intratny zabieg i jedzie dalej, omijając dyżury, powikłania i „drogich” pacjentów. Dyrektor szpitala w Płońsku (Mazowsze) nazywa ich „lekarzami objazdowymi”; media — „turystami”. Tak to opisuje:
„Szpital ma trzech chirurgów, gdzie jeden dyżuruje non stop, a kontrakt robią »turyści« z ortopedii i neurochirurgii. I wszyscy zadowoleni. Szpital, bo kontrakt wykonany i nie musi leczyć drogich pacjentów. »Lekarze turyści«, bo zarabiają krocie i nie muszą dyżurować. Oni przyjeżdżają i nie martwią się, co później. Zostawiają pacjenta i jadą”.
Uczciwie: to nie jest przede wszystkim wina lekarza — to racjonalna odpowiedź na źle ustawiony system. Napędzają ją dwie rzeczy z sąsiednich stron: kontrakt bez obowiązku dyżuru (kontrakt vs etat) i to, że na kilku procedurach da się zarobić krocie, bo bywają przeszacowane, podczas gdy leczenie powikłań i „trudnego” pacjenta jest niedoszacowane (wycena świadczeń).
Rola nieprzejrzystości jest tu jednak konkretna: nikt nie widzi całego wzoru. Każda placówka zna wyłącznie swój wycinek — swój kontrakt, swój zabieg. Że ten sam numer PWZ zbiera intratne procedury w pięciu powiatach, a dyżuru nie wziął nigdzie — nie pokazuje żadna baza. Rejestr powiązany z numerem PWZ ujawniłby ten wzór od razu: wysokie łączne rozliczenie, wiele placówek, zero dyżurów. Dziś jest po prostu niewidoczny — więc i nierozliczalny.
Jest w tym gorzki paradoks: lekarz, który zostaje na dyżurze i bierze na siebie powikłania, w papierach wygląda mniej „wydajnie” i zwykle zarabia mniej niż objazdowy kolega od samych zabiegów. System nagradza model objazdowy właśnie dlatego, że nie widzi całości — a bez jawności trudno nawet policzyć, ile on naprawdę kosztuje.
Dyrektor szpitala w Płońsku (woj. mazowieckie) o „lekarzach objazdowych/turystach”, w reakcji na zapowiedź limitu stawki 240 zł/godz. — Wirtualna Polska (9 VII 2026). Świadomie pomijamy nazwiska — opisujemy mechanizm, nie osoby. „Turysta” to skrót medialny; wielu lekarzy dojeżdżających łata realne braki kadrowe.
Czego te sprawy dowodzą — a czego nie#
- Nie każdy wieloetatowiec nadużywa. Wielu lekarzy pracuje w kilku miejscach uczciwie — łatając dziury w grafikach, których inaczej nie ma kim obsadzić. Problemem jest niewidzialność sumy, nie sama wieloetatowość.
- To nie zarzut wobec osoby, lecz opis konstrukcji systemu. Dlatego nie podajemy nazwiska. Ten sam brak rejestru, który pozwala ukryć fortunę, obciąża też podejrzeniem uczciwych lekarzy — bo skoro nie widać sumy, każdą można sobie dopowiedzieć.
- Fakt ≠ zarzut. Część ustaleń z tej sprawy to wciąż zarzuty i relacje — bada je prokuratura i izba lekarska. Twardy, bezsporny jest sam mechanizm: sumy nikt nie liczy.
Rozwiązaniem nie jest zakaz pracy w wielu miejscach — jest jej jawność. Wystarczy powiązać godziny i wypłaty ze środków publicznych z numerem PWZ i zsumować je po osobie. Wtedy widać i tego, kto rozlicza niemożliwe godziny, i tego, kto po prostu ratuje grafik sąsiedniego powiatu. Poznaj postulat →