Jak działa system

Mechanizmy

Opisujemy mechanizmy systemowe, nie konkretne osoby. Celem jest pokazanie, jak konstrukcja systemu pozwala wąskiej grupie kumulować dochody ze środków publicznych — kosztem pacjentów i uczciwych lekarzy.

Wieloetatowość i równoległe kontrakty

Ten sam lekarz może jednocześnie rozliczać kontrakty w kilku placówkach. Bez wspólnego rejestru żadna instytucja nie widzi pełnego obrazu — ani łącznego wynagrodzenia ze środków publicznych, ani realnej liczby godzin. AOTMiT przyznaje, że widzi zarobki tylko „na poziomie jednej placówki” (Rzeczpospolita; zob. też Menedżer Zdrowia).

Przykład — głośna sprawa z 2026 r. Znany lekarz z Warszawy, rezydent bez specjalizacji koordynujący szpitalny oddział ratunkowy, rozliczył w rok ok. 1,6 mln zł z umów w czterech publicznych placówkach naraz. Wykazano przy tym 3976 godzin pracy w rok — średnio 331 godzin miesięcznie, czyli ~11 godzin dziennie bez ani jednego dnia wolnego. To fizycznie niewykonalne — a nie wychwycił tego żaden rejestr: każda placówka widziała tylko swój wycinek. Sprawa wyszła na jaw przez media i kontrolę, nie przez system.

Skala: ok. 133 tys. zł miesięcznie ze środków publicznych — miesięcznie więcej niż pensja prezydenta USA (ok. 33 tys. dolarów, ~120 tys. zł). Problemem nie jest legalność stawki, lecz to, że nikt nie sumuje godzin ani wypłat jednego lekarza w wielu miejscach.

Sprawa opisana m.in. przez TVN Warszawa, Polsat News i Interię (czerwiec 2026). Świadomie pomijamy nazwisko — opisujemy mechanizm, nie osobę.

Dyżur „pod telefonem”: opłacana gotowość bez obecności

Ustawowa „gotowość do udzielania świadczeń” (art. 98 ustawy o działalności leczniczej) jest płatna w wysokości 50% stawki godzinowej i — co istotne — nie wymaga fizycznej obecności w szpitalu: lekarz ma jedynie stawić się na wezwanie. W mniejszych, powiatowych placówkach oznacza to w praktyce dyżur pełniony z domu.

Ponieważ nie istnieje rejestr sumujący zobowiązania jednego lekarza, nikt nie widzi, ile takich gotowości — i w ilu placówkach — przypada na tę samą dobę. Wariant skrajny, o którym mówi się w środowisku: równoległe gotowości w kilku miejscach naraz, w którym jeden płatny dyżur „odsypia się” w czasie drugiego. Czy i jak często tak się dzieje — nie wiadomo, bo nikt tego nie sumuje. I to jest sedno: brak jawności nie jest skutkiem ubocznym, lecz warunkiem, w którym takie praktyki w ogóle są możliwe i pozostają niewykrywalne.

Z relacji uczestników systemu wracają też inne wzorce — wszystkie spięte tym samym brakiem jawności:

  • Deklarowana pensja ≠ realny dochód — publicznie pada „12 tys. zł z etatu”, podczas gdy zasadnicza część dochodu płynie z kontraktów i pozostaje niewidoczna.
  • Dostęp po znajomości — „pierwszy z SOR, lepsza sala, konsultacja bez kolejki” dla dobrze ułożonych w branży.
  • „Magiczne” odblokowanie NFZ — termin nieosiągalny w kolejce nagle się znajduje po płatnej wizycie prywatnej u tego samego lekarza.

Mechanizm gotowości — art. 98 ustawy o działalności leczniczej (50% stawki, bez obowiązku obecności; Prawo.pl); opisane praktyki — nieredagowana relacja z branży (głosy uczestników systemu, wartość poglądowa — nie weryfikacja dziennikarska).

Rozliczenia: ryczałt, punkty, nadwykonania

Sposób rozliczania świadczeń (ryczałt, punktacja, nadwykonania) bywa nieprzejrzysty dla pacjenta i trudny do zweryfikowania z zewnątrz. To tworzy przestrzeń do optymalizacji przychodu, która nie zawsze idzie w parze z dostępnością dla pacjenta. O skali nieprawidłowości świadczy to, że NFZ żądał zwrotu środków za świadczenia wykazane, lecz niewykonane (RMF24).

Brak jawności jako warunek nadużyć

Wspólnym mianownikiem jest brak jawności. Tam, gdzie wydatki publiczne są jawne (np. wynagrodzenia w administracji), nadużycia są trudniejsze. W ochronie zdrowia takiego rejestru nie ma.

Dlatego nasz postulat dotyczy jawności, nie osób. Proponujemy jawny rejestr wynagrodzeń ze środków publicznych — poznaj szczegóły postulatu.

Kto na tym traci

  • Pacjenci — dłuższe kolejki i ograniczony dostęp do świadczeń.
  • Uczciwi lekarze — pracujący rzetelnie, wrzucani do jednego worka przez nadużycia mniejszości.
  • Podatnicy — finansujący system bez wglądu w to, dokąd trafiają pieniądze.

Kto reprezentuje lekarzy: Naczelna Izba Lekarska (NIL)

Naczelna Izba Lekarska (NIL) to nie urząd kontroli, lecz samorząd zawodowy lekarzy i lekarzy dentystów, działający na podstawie ustawy z 2 grudnia 2009 r. o izbach lekarskich. Przynależność jest obowiązkowa — bez wpisu do rejestru izby nie można wykonywać zawodu.

Do ustawowych zadań izby należą m.in.:

  • przyznawanie prawa wykonywania zawodu (PWZ) i prowadzenie rejestru lekarzy;
  • odpowiedzialność zawodowa — rzecznik odpowiedzialności zawodowej i sądy lekarskie;
  • ustalanie zasad etyki zawodowej i nadzór nad ich przestrzeganiem;
  • reprezentowanie zawodu i opiniowanie polityki zdrowotnej.

Z mocy ustawy izba reprezentuje interesy zawodowe lekarzy — nie pacjentów. Problem nie w tym, że to robi (po to powstała), lecz w asymetrii: środowisko lekarskie ma silny, obowiązkowy i ustawowy głos, a w sprawach jawności wynagrodzeń i przepływu publicznych pieniędzy brakuje równie zorganizowanego odpowiednika po stronie pacjenta (Rzecznik Praw Pacjenta nie pełni tu równorzędnej roli). Dlatego w sporach o jawność czy ograniczenie pracy w prywacie samorząd wypowiada się z perspektywy środowiska lekarskiego — zob. ankietę w bazie artykułów.

Nie myl skrótów. NIL (Naczelna Izba Lekarska) to samorząd zawodowy lekarzy. NIK (Najwyższa Izba Kontroli) to państwowy organ kontroli wydatków publicznych — instytucja, która jawności sprzyja. Izby lekarskiej nie należy też mylić ze związkiem zawodowym lekarzy (np. OZZL), który jest odrębną formą prawną.

Reglamentacja dostępu do zawodu

Polska ma ok. 3,4–3,9 lekarza na 1000 mieszkańców — poniżej średniej UE (ok. 4,3). Jednocześnie 5,2% osób rezygnuje z potrzebnej pomocy medycznej (średnia UE: 3,6%). Mało lekarzy to dłuższe kolejki — i mniejsza presja na obniżanie stawek.

Wejście do zawodu jest na kilka sposobów reglamentowane:

  • Limit przyjęć na studia lekarskie ustala co roku Minister Zdrowia.
  • Liczbę miejsc specjalizacyjnych również wyznacza Ministerstwo Zdrowia — na 2026 r. w części dziedzin ograniczoną.
  • Samorząd lekarski (NIL) protestuje przeciw otwieraniu nowych kierunków lekarskich i domaga się zniesienia uproszczonych ścieżek dostępu dla lekarzy spoza UE.

NIL uzasadnia to jakością kształcenia i bezpieczeństwem pacjenta — i ma tu realne argumenty (Polska Komisja Akredytacyjna negatywnie oceniła 11 nowych kierunków lekarskich). To nie jest sama złośliwość.

Krytycy widzą jednak drugą stronę — „logikę korporacyjną”: grupa zawodowa współdecyduje o tym, ilu nowych ludzi wejdzie do jej własnej profesji, a im mniej nowych lekarzy, tym silniejsza — również płacowo — pozycja tych już w zawodzie. Mniej konkurencji to wyższe stawki i trudniejszy dostęp dla pacjenta.

W sporze wraca też wątek nierównego dostępu do najbardziej atrakcyjnych specjalizacji — przy zmianach w trybie szkolenia rezydentów publicznie padały nawet pytania o nepotyzm. To zarzut z debaty, nie udowodniony fakt.

Uczciwie o niuansach. Liczbę miejsc na studia i specjalizacje ustala Ministerstwo Zdrowia, nie izba. Część miejsc rezydenckich co roku pozostaje nieobsadzona, a sam samorząd mówi o niedoborze rzędu 68 tys. lekarzy. Spór nie dotyczy więc prostego „blokowania etatów”, lecz tego, kto i jak reglamentuje wejście do zawodu — i czyj interes na tym korzysta.

Źródła: liczba lekarzy i dostęp — dane OECD (Rynek Zdrowia); limit przyjęć na studia — Rozp. MZ z 7.08.2025; miejsca specjalizacyjne 2026 — Rynek Zdrowia; sprzeciw wobec nowych kierunków — NIL / Cowzdrowiu; uproszczony dostęp — stanowisko NRL (Prawo.pl); krytyka „logiki korporacyjnej” — komentarz Trybuna.info.

Każda teza na tej stronie jest powiązana z ogólnodostępnym źródłem — zob. też bazę artykułów.